g4rr3t blog

g4rr3t

K. ma dwa problemy. Z czego jeden jest realny, a drugi zmyślony. Przez teściową, która na jej nieszczęście ma okna wychodzące na kręgielnię. Pierwszy problem polega na zbyt dobrym zdrowiu, jakim cieszą się oczy starej baby. Drugi problem – ten z czapy – jest kłopotem natury towarzyskiej. K. kochając swego mężą, zechciała zaplanować mu w tajemnicy wielką imprezę urodzinową w lokalu widocznym z okien mieszkania teściowej. Rad nie rad podrzuciła swoje dzieci babci i sama udała się na drugą stronę ulicy celem dogadania szczegółów przyjęcia. Ilość spraw do obgadania wymagała godzinnej wizyty. Wychodząc z kręgielni K. zwróciła oczy ku oknom teściów,  gdzie napotkał ją wzrok mamusi. „Po coś tam była?” – spytała bez ogródek. K. pamiętając o jej długim jęzorze wolała odpowiadać wymijająco i bez szczegółów. Że znajoma, że dawno się nie widziały i tym podobne pierdoły. Brnęła w pocie czoła dalej, a babsko nadal czepiało się jak błoto wypastowanych mokasynów. W końcu na obliczu ciekawskiej wyrysowało się spojrzenie sugerujące, że za całą sprawą kryje się przyprawianie rogów najukochańszemu synowi. K. jednak liczy, że ledwie podejrzenia nie wystarczą kobiecie do fałszywego sprawozdania synowi całej historii. Trzyma kciuki za siebie, milczenie nielubianej matki i za powodzenie imprezy. Jak to zresztą matkom przystoi – martwi się o wszystkich i wszystko, by na końcu dostać po głowie w najmniej odpowiednim momencie najbardziej niezasłużonymi jobami.

Brak komentarzy

Słuchając mediów można by dojść do wniosku, że Najjaśniejsza to kraj najwyżej dwubarwny. Z jednej strony prężnie rozwijający się nurt naprawiaczy Trybunału Konstytucyjnego, z drugiej nadal prężna grupa broniących demokracji przed tymi pierwszymi. Tak przedstawiony konflikt nakazuje albo utrzymywać za wszelką cenę status quo, gdzie – według niepokornych dziennikarzy – media mętnego nurtu wspierają „kondominium rosyjsko-niemieckie pod żydowskim zarządem”, ewentualnie – słuchając przedstawicieli „Polski liberalnej” – przyłączyć się do dzieła pełzającego zamachu stanu. I można by się wymalować w barwy jednych lub drugich, utożsamić z którąś ze stron gdyby tylko cały spór nie toczył się obok spraw ważnych dla zwykłych ludzi. Bo cóż to za różnica, czy będę bronił przedstawicieli Platformy czy PiSu w Trybunale Stanu? Jakież ma to znaczenie dla 7,4 mln ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie (za GUS 2014). Którego z bezrobotnych obchodzi awantura o paru dobrze zarabiających prawników? A czy kogoś z tych ludzi zastanawia bądź cieszy fakt, że Roman Giertych opowiedział się po jednej ze stron? Były szef naziolskiej Młodzieży Wszechpolskiej dziś broni demokracji? Patrząc na cały ten spór odnoszę wrażenie, że chodzi tu przede wszystkim o władzę tej bądź innej strony. „Ale przecież razem z KOD maszerowała i .Nowoczesna i ZLew!” – można zaoponować. Problem jednak w tym, że i jednym, i drugim – a także „trzecim”, czyli Platformie – opłaca się być aktywnym medialnie. W końcu połowa uprawnionych nadal fatyguje się na wybory. Nawet stojące okrakiem Razem w końcu zdecydowało się stanąć po stronie obrońców demokracji, kiedy zauważyli spadek poparcia w sondażach.

Od 25 lat w Pomrocznej toczone są głównie spory o sprawy drugo- i trzeciorzędne. Nikt się jeszcze wolnością i demokracją ani nie najadł, ani nie wyleczył. Jednak chętnie ogromna liczba rodaków nadal będzie zdzierać gardła w obronie praw, z których najszerzej korzystają jedynie najbogatsi. Zastanawiające jest, ilu z dzisiejszych obrońców demokracji protestowało, gdy podnoszono wiek emerytalny. Ciekawe, jak wielu z dzisiejszych wywracaczy „układu okrągłostołowego” broniło państwowych zakładów pracy, w które władza włożyła ogromne pieniądze tylko po to aby za moment je opierdolić za drobne? Co robili wszyscy dziś aktywni po obu stronach, gdy 30% czynnych zawodowo wypieprzono na śmieciówki? Czy ktoś bronił wtedy łamanego prawa pracy? Ile powiatów czy gmin popadło po cichu w ruinę, gdy zamykano jedyny duży zakład pracy w okolicy? Gdzie były wtedy te wszystkie Orbanki, idioci wyklęci, pseudolewicowcy i opozycjoniści?

Otóż trudno powiedzieć, gdzie oni wszyscy byli. Wiadomo natomiast, gdzie byli ci wszyscy dziś klepiący biedę. Byli w dupie, bo tam cała ta hołota ma ludzi ciężko pracujących na swoje utrzymanie. Bo tam można mieć ludzi pracujących najtaniej i najdłużej w skali roku w Europie. Oni nie głosują. W przytłaczającej większości nie należą do związków zawodowych, więc nie protestują. Nie korzystają z wolności wypowiedzi i nie krytykują głośno warunków pracy, bo gdyby tylko zechcieli to pracodawca natychmiast będzie mógł ich wymienić na posłusznych.

Smutne to czasy, gdy niewymuszona niczym kultura osobista jest rzadkością większą niż przyzwoity film na Polsacie. Jest coś nieopisanie miłego w spotkaniu z człowiekiem znanym ze swej ogłady i uprzejmości. To w zasadzie podróż w inny wymiar, gdzie elementarna życzliwość nie jest wywołana presją otoczenia. Dobrze jest wiedzieć, że ludzkość posiada jeszcze okruchy bezinteresownych odruchów, które są zasiane tu i ówdzie. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że dobre maniery nie zaginą przygniecione chamstwem wylewającym się już w zasadzie zewsząd. Nawet w „poważnej publicystyce” normą jest prostactwo. Ba! Normą zapewniającą popularność, a więc dla co poniektórych obowiązkiem jest porzucenie wszelkiego szacunku do ludzi. Samemu nie będąc rycerzem kultury osobistej, doceniam tych, którym dobre wychowanie nie jest obce. „Trwajcie mocni w wierze”.

Nieznoszący sprzeciwu Danny DeVito grający ojca głównej bohaterki w filmie “Matylda” pyta córkę: “Po co Ci książki skoro masz telewizję?”. Gdy film wchodził do kin był rok 1996 i tak postawione pytanie było całkiem zabawne. Nawet w Polsce można było się uśmiechnąć, bo były to czasy gdy czytelnictwo nie leżało jeszcze na łopatkach, dopiero klękało.

Obecnie takie pytanie śmieszy już mało kogo. Procent rodaków czytających jakiekolwiek książki jest równy zawartości alkoholu w słabym piwie.

Reprezentanci kurczącej się tak zwanej klasy średniej – czyli szczęśliwcy posiadający stałą pracę i dochody – bez żenady przyznają w prywatnych rozmowach, że literaturę omijają szerokim łukiem. Polacy czytają gdy muszą, czyli tylko wtedy gdy dostaną pismo z banku czy innego urzędu. Lektura książek kojarzy im się z przymusem, przez który przebrnęli mniej lub bardziej szczęśliwie w szkole średniej i już im wystarczy takiej udręki. Można się oczywiście zastanowić, czy aby szkolne lektury nie wzbudziły w średniakach obrzydzenia do książek. Można też przemyśleć, czy w ludziach rzeczywiście nie ma już ciekawości świata. Zdać sobie należy też sprawę z faktu, iż Polak pracuje coraz dłużej i ciężej, więc może brak czasu jest przyczyną tak nikłego czytelnictwa? A może wszechobecna filozofia utylitarności, którą to stosuje się już do każdej dziedziny życia nie będącej okołoalkoholową?

Niezależnie od przyczyn czytanie jest dziś na szarym końcu listy rozrywek, choć nadal książka kosztuje mniej niż pojedyncza sesja grillowa. Myśl, że wśród rządzących na różnych szczeblach odsetek czytających mógłby być choćby podwojony jest i tak ponura. Niewielkie pojęcie o świecie, znikoma wiedza o kulturze, zerowa orientacja o kierunkach rozwoju innych krajów – bo czytanie to także nauka – nie przeszkadza nieczytającym w podejmowaniu decyzji mających wpływ na innych. Głupota uświęcona koneksjami i ignorancją to immanentna cecha polskich elit, które nie wiedzieć czemu zawyły z oburzenia, gdy ekipa identycznych im osobników z ekipy Leppera weszła na salony dotychczas okupowane tylko przez tych ładnych i pachnących. Należy przecież pamiętać, że za plecami gwiazd często występujących w mediach pracują zastępy bliżej nieznanych polityków. Towarzystwo z drugich szeregów często bez żadnego przygotowania i bez ambicji wyrastającej ponad dobre zarobki. Bo po co się wychylać skoro dostatnie życie można sobie zapewnić lojalnością wobec mocodawców, którzy nierzadko realizują listę życzeń wpływowych i bogatych?

Tak oto postawy obywatelskie obywateli wierzących jeszcze w sens wyborów prowadzą do coraz mocniejszego zaciskania się pętli wokół ich szyi. Bo przecież to odpowiedzialność każe akceptować wydłużanie wieku emerytalnego. Bo to mądre i chwalebne, by sprywatyzować służbę zdrowia, kopalnie rozgonić, a miejski transport zastąpić własnymi samochodami. Bo stabilne zatrudnienie na etacie kierowcy to mit, który jak najszybciej trzeba zastąpić samozatrudnieniem. Bo jak się komuś nie podoba 12-godzinna harówa w markecie to przecież może zmienić pracę, gdy tylko ma na to ochotę. Takie i inne „nowoczesności” proponowane i wsparte przez światłe i bezstronne media zdobywają coraz większe poparcie. Któż by sprawdzał ich rzeczywistą nowoczesność i słuszność w literaturze czy wśród opinii fachowców ze świata? Kto zweryfikuje skuteczność takich rozwiązań w świecie? Przecież bogaci rodzimi gwiazdorzy polityki i mediów zdążyli już powtórzyć wiele razy, że tylko takie pomysły doprowadzą ciemny lud do powszechnej szczęśliwości. Poziom naiwności pożeraczy mediów jest i straszny, i śmieszny. Godność pracobiorców została już dawno sprowadzona do poziomu konia pociągowego, który nie ma już czasu się uśmiać. Powtarza jedynie za tym Orwellowskim: „Będę pracował ciężej”.

Ja już sam nie wiem, czy „afera” z motocyklistami z Nocnych Wilków jest bardziej śmieszna czy straszna. Jakby całej historii nie zakwalifikować, to pewne jest jedno: polska prawica po równo nienawidzi wszystkiego co na lewo od niej i tego co ideologicznie jest jej bliskie, choć narodowo obce. Bo gdyby przyjąć logikę prawicy należałoby sprawdzać na granicy poglądy każdego Rosjanina czy Białorusina. Czy fakt, że nie przyjedzie na motocyklu wyklucza jego sympatię do Putina czy Łukaszenki? W kontekście niedawnego przejazdu amerykańskich wojsk przez Polskę, sprzeciw podsycany przez głupkowate media wygląda dość żałośnie. Zwłaszcza, że poza Polską Amerykanie nie spotykali się ze szczególnie ciepłym przyjęciem. Jakby tego było mało, Czesi nie rwą włosów z głów na wieść, że przez ich kraj przejadą rosyjscy motocykliści.

Polskiej ćwierćinteligencji umyka ponadto jeszcze jeden szczegół. Otóż, motocykliści chcą złożyć w Berlinie hołd ludziom, bez których zwycięstwo w drugiej wojnie światowej nie byłoby możliwe. Ani w Berline, ani w Pradze – bez względu na światopogląd – politycy i media nie kwestionują ogromnego wysiłku Armii Czerwonej w walce w faszyzmem. Elicie w Najjaśniejszej przychodzi to bez trudu.

Biorąc pod uwagę ten i inne obraźliwe gesty w kierunku Rosji – pamiętacie Schetynę i ukraińskie wyzwalanie Oświęcimia? – nie dziwmy się, że na wschodzie w najlepszym wypadku nas ignorują, bądź reagują sankcjami na polskie produkty. Polscy dziennikarze z dyplomatołami mają satysfakcję, że znów dowalili ruskim; a polskie przedsiębiorstwa na wschodzie mają przejebane, bo ruscy znów zamknęli im rynek zbytu.

Brak komentarzy

Plastikowa postać czytająca z promptera jest widokiem obrzydliwym i zarazem przerażającym. Zdarzy się, iż świetnie opłacany gadający łeb, nieskażony własną myślą, otwiera usta i mówi coś od siebie. Nie sposób wtedy stwierdzić, czy bardziej to straszne czy żenujące. Ot, klasyczny przykład mieszanych uczuć. Gdyby tego było zbyt mało, za tą dezynwolturą nie następuje żadna – wczesna bądź późna – refleksja. Choćby nieprzemyślany osąd rujnował komuś życie, choćby wywoływał pobłażliwe pukanie się czoło u dyplomatów sąsiednich krajów, nie ma takiej siły aby słowa raz wypowiedziane zostały cofnięte bądź poprawione na takie, które leżałyby bliżej prawdy. Przypadkowym odbiorcom pozostaje jedynie uznanie wynurzeń za oczywiste i przyswojenie ich sobie głęboko w pamięci. Kwestionowanie choćby jednego słowa – świętego słowa! – jest niczym akt najczystszej głupoty, desperacki zamach motyką na słońce. Przecież „wszyscy” wiedzą, że mówisz bzdury. „Wszyscy” czyli bezmyślne gęby z mediów i posłuszne im zastępy „autorytetów”, „ludzi wielce utytuowanych” i „ekspertów ds. rozmaitych”, którzy mijają się tylko w drzwiach i na korytarzach tego czy innego ministerstwa najwyższej medialnej prawdy. Cały ten przemysł zdaje się istnieć tylko po to, by głosić PRAWDĘ, będącą przy okazji w całkowitej zbieżności z poglądami plastikowych ludzi i ich władców. Prawdę, która ma porządkować świat na modłę ich głosicieli.

Brak komentarzy

Bo nawet jeśli masz lat 50, a przez większość swojego życia chodzisz do pracy powtarzalnej i prozaicznej jak codzienne mycie zębów, to i tak gdzieś tam na dnie Twojego serca tli się chęć nauki. Decydujesz się więc na zgłębienie angielskiego i wzorem Adasia Miauczyńskiego produkujesz mniej lub bardziej poprawne zdania przy każdej nadarzającej się okazji. Silna motywacja nie przygasa nawet wtedy, gdy współpracownicy patrzą na Ciebie z politowaniem, gdy słyszą pytania, na które na wszelki wypadek odpowiadają po polsku. Odwracasz się, idziesz w swoją stronę, a niedawny rozmówca wciąga na twarz uśmieszek szydercy, bo przecież „on mówi tak śmiesznie”, bo to taki „ponglisz”, bo wśród zasiedziałych 30-latków przejawiasz ambicje godne młodziana, bo nie odpowiada Ci rutyna i lenistwo, bo oprócz zasobności portfela obchodzi Cię ilość posiadanej wiedzy. A tak w ogóle to w takim polskim filmie, jakiś gościu mówił też tak śmiesznie, więc boki zrywać!

Śnieg pada z nieba, piękno i dobro płynie z serc, a kasa z portfela. Bo są święta, trwają od listopada aż do końca roku. To okres wzmożonego współczucia bliźnim, którym nie poszczęściło się mieć etat i przyzwoity pieniądz za robotę. No więc wysyłasz smsa, szlachetnym odruchem organizujesz paczkę dla niebożąt z drugiej części kraju, zbierasz karmę dla zwierząt i czujesz jak łezka ze wzruszenia kręci się w oku. Dzięki Tobie, dziś na obiad pomidorówka u Jasia z Sokółki! Jesteś dobrym człowiekiem! Masz chęć wspomagać filantropów w ich zbożnym i corocznym dziele. No i jeszcze te kosze w marketach. Nieco świecą pustkami, bo pojedyncza mąka, paczka makaronu i pluszak zbytnio nie wzruszają, ale niech nieczuli klienci wiedzą, że sklepy chętnie wejdą z nimi we współpracę przy pudrowaniu syfu, jakim jest bieda. Po świętach zostaje jeszcze Wielka Orkiestra Owsiaka i już jesteśmy dobrymi ludźmi. Tylko czemu co roku tylu potrzebujących czeka na Twoje wsparcie? Może dlatego, że puder na syfie nie robi wielkiego wrażenia? Może problem jest taki, że nie ma komu zająć się powodami piszczącej biedy? Politykom nie chce się lub nie widzą ku temu powodów. „Dzieci w Polsce przychodzą głodne do szkoły, bo w domach nie ma kultury jadania śniadań” – pamiętacie? Znudzonym żonom bogatych facetów zlikwidowanie biedy odebrałoby sens życia. Czy panie Solorz i Walter wytrzymałyby trudy życia gdyby nie ich fundacje reklamujące smsy dla chorych dzieci? Bieda to fajny interes.

1 komentarz

G. jednak opierdolił kolegów. Nazwał między innymi gnojkami, socjologami amatorami, powiatowymi Platonami, a nawet „profesorami” życia. Beztroskość spełzła z podpitych ryjów, a wódka nie szła już tak gładko. Wyjątkowo więc G. mniej odstawał od gnojków. Nie przepełnia go żal. Nawet czuje jakąś ulgę, w końcu wyrzygał się emocji, które siedziały w nim od dłuższego czasu. By skutecznie odciąć się od dawnego towarzystwa, usunął nawet numery telefonów – ma ich z głowy.

D. ma problem. Nawet dwa: mieszka w Polsce i czyta książkę. Z połączenia tych dwóch pozornie niezwiązanych ze sobą faktów powstaje bolesna sprzeczność. Ale po kolei! Książka to „Bóg Urojony” i napisał ją arcyksiążę ateizmu, czyli Richard Dawkins. Polska to nie tylko Radom Europy ale również Iran tejże. Gdy więc zamiłowanie do książek napotyka wolność przekonań na wzór irański, rodzi się owa bolesność. I czuć ją na potylicy D., bowiem otrzymał on śmiały cios w tył głowy podczas wysiadania z autobusu miejskiego. Uderzenie, napędzane bojaźnią bożą, wyprowadziła współpasażerka wysiadająca tuż za D. „To za herezje” – skwitowała napastniczka. Bo herezją jest czytanie bluźnierczych publikacji, w kraju nowoczesnym i wolnym. Zdziwiony D. odwracając głowę napotkał spojrzenie pełne wyrzutu i chrześcijańskiej nienawiści. Poczuł się jak zabójca potomków kobiety, schował książkę do torby, po czym oddalił się na bezpieczną odległość do strefy wolnej od boskości . Lepiej nie nadużywać miłości bliźniego.


  • RSS